niedziela, 22 maja 2016

Urodziny bloga!!!

Dobrze przeczytaliście tytuł posta! To pierwsze urodziny tego bloga i równocześnie moje!Ja, *coś świszczy*, właśnie dzisiaj kończę *znowu coś świszczy* lat! Jak się czuję? Tak samo jak wczoraj.
- Ta. Wszyscy to wiemy! Wracaj do bloga! - krzyknęła na mnie Ann. Kirra dała jej z łokcia w bok.
- Annabeth! Ma prawo. W końcu dzisiaj jest jej dzień!
- To tylko urodziny! Nic wielkiego - splotła ręce na piersi.
Z nikąd pojawił się Artur.
- Zapomniałaś, jak podczas swoich, krzyczałaś na słońce, aby nie zachodziło?
- Ej! To nie prawda! - uparła się Annabeth.
- Kłamcą jeszcze nie jestem.
- No, polomizowałabym - zamyśiła się Kirra.
- Kirra! Po czyjej jesteś stronie?! - zapytał chłopak z wyrzutem.
- Umm. Przepraszam? - zapytałam cicho. - To ja tu miałam mówić.
- Cicho! - krzyknęli na mnie razem.
- UGH - stęknęłam. - Jak ja się w to wplątałam?

DOBRA! Ale wracając do bloga!
Dziękuję wszystkim, którzy dołączyli do mnie teraz, jak i wcześniej. Nawet nie wiecie, jak wiele dla mnie znaczycie.
Żeby się nie rozklejać (jak ja mam w zwyczaju), przejdę do PODSUMOWANIA:
- W tym roku było łącznie 2867 wejść! (WOW)
- Napisałam łącznie - 40 ROZDZIAŁÓW!
- Postów - 42 (najczęściej odwiedzany jest ROZDZIAŁ 1 "POCZĄTEK", który odwiedzono 125 razy)
- Dorobiliśmy się 44 komentarzy!

Jestem zadowolona z mojego pierwszego podsumowania!
Jeszcze raz bardzo wam dziękuję za wsparcie i za to, że po prostu jesteście!
Życzę wam miło spędzonego dnia!
Pozdrawiam BoiedSweet! <3



piątek, 20 maja 2016

ROZDZIAŁ 22 "TWÓJ WYBÓR"

Kirra patrzyła, jak mężczyźni wkładają ciało do drewnianej łodzi. W ręce trzymała różę. Koło niej stała Ann. Było słychać tylko ciche łkanie Mereca, wtulającego się w pierś Klare.
Według tradycji, najstarsza córka jako pierwsza wkłada różę w ręce zmarłego. Tina podeszła do ciała swojej matki i uklękła. Nie płakała, nie mówiła, po protu patrzyła. Wzięła dłoń rodzicielki i uniosła do swojego policzka. Potem włożyła do niej różę i ułożyła z powrotem. Powoli odeszła, nie oglądając się. 
Następnie wszystkie kobiety w wiosce wyłożyły łódkę różami, tworząc coś na kształt łóżka. Kirra została chwilę dłużej. Wspominała ten dzień, kiedy słyszała jej błagalny głos. Na zawsze wyrył się jej w pamięci. 
Z transu wybudziła ją delikatna dłoń Ann na ramieniu. Wstały i ustawiły się w rzędzie z innymi kobietami. Zaczęły śpiewać.
W tym czasie Artur wraz z innymi mężczyznami z wioski, powoli włożyli łódkę do wody. Merec i Tina wzięli pochodnię i razem podpalili róże. Ogień rozprzestrzenił się, jak klocki domino. Po chwili cała łódź płonęła, sunąc po wodzie. Śpiew zagłuszał trzaskanie drewna.  

***

- STOP! - ryknął Mistrz Fergnan. - Kirra, co się z tobą dzieje?! Skup się! - wskazał palcem na swoje oczy, po czym podniósł otwarte dłonie. Dziewczyna wytarła nadgarstkiem kropelki potu i dysząc kopnęła wysoko nogą. Fergnan złapał jej nogę i szarpnął, przewracając Kirrę.
- Dość - westchnął, patrząc na nią z góry. - Rozumiem cię. Wiem, że jest ci ciężko, po tym co zobaczyłaś. Ale jesteś kapłanką. Nie możesz dopuścić do tego, by twoje emocje przeszkadzały ci w obronie wioski.
Nie odezwała się. Wpatrywała się jedynie w swoje stopy, siedząc po turecku na ziemi.
- Wstawaj - podał jej rękę i postawił na nogi. - Będziemy ćwiczyć tak długo, aż w końcu mnie pokonasz. Trenujemy na poważnie od miesiąca, a ty nie zrobiłaś żadnych postępów. Ruszaj!

*** 

- Ej, Artur.
- Ej Annabeth - naśladował jej głos. Uderzyła go ścierką. - Sory. Musiałem. O co chodzi?
- Widziałeś się z Tiną albo z Mereciem?
Pokręcił głową.
- A ty?
- Też nie. Martwię się o nich.
- A o kogo ty się nie martwisz?
- O ciebie.
Zrobił urażoną minę i udał, że wyciera łzę.
- Nie martwisz się o swojego starszego braciszka?
- Jak to mówią, głupi żyją dłużej - uśmiechnęła sie łobuzersko.
- EJ! Odszczekaj to! - zaczął ją gonić.
- Nie ~ - zaśpiewała i schowała się za filarem. Właśnie sprzątali w świątyni, ponieważ Babcia wyszła, a nie chcieli jej przeszkadzać podczas modlitwy.
- Ann! Cho no tu! - złapał ją za rękę ale ona sie wyślizgnęła i pokazała mu język.
- Zmuś mnie.
- Ty mała!
Nieświadomie zaczęli się śmiać.

***

Kopnęła kamień, który odbił się od drzewa. Powtarzała w myślach słowa mistrza:
"Możesz się złamać i upaść, albo wstać i iść dalej. To twój wybór. Dopóki nie zdecydujesz, nie pokazuj mi się na oczy"
Uderzyła pięścia w drzewo i zacisnęła zęby tak mocno, że ją szczęka zabolała.
Była tam. Mogła to zrobić. Mogła ją uratować.
Zacisnęła oczy.
- Znowu się spóźniłam - skarciła samą siebie. - Znowu - uderzyła w drzewo. - Znowu - kolejne uderzenie. - ZNOWU! - ryknęła i oparła czoło o korę, dysząc głośno.
Było cicho. Ptaki nie śpiewały, drzewa nie szumiły. Wszystko zamarło. Miała już tego dość.
Obróciła się i oparła tym razem plecami. Zsunęła się powoli. Podwinęła kolana do brody i schowała twarz w rękach.
Aby nikt nie widział jej łez.

sobota, 7 maja 2016

ROZDZIAŁ 21 "DLACZEGO?!"

- No i gdzie ona jest?! - wykrzyczał Artur przez ulewę do Ann, ale nie był pewien czy go usłyszała.
- Powinna być we wschodniej części lasu! - odkrzyknęła. Blond włosy przylepiły jej się do karku i twarzy. - Mówiła, że musi coś załatwić u Shili! Pewnie poszła na skróty od jej domu!
Ruszyli w tamtym kierunku, plaskając w błocie.

*** 

Chciała krzyczeć ale nie mogła. Czuła się tak, jakby w gardle miała wielki kamień.
Błyskawica przecięła niebo, rozjaśniając ponownie jego twarz.
Był szczupły i wysoki. Miał ciemne włosy i ciemno-niebieskie oczy. Skóra blada jak kreda, zasłonięta przez czarny płaszcz do kostek, z pod którego wystawała długa ręka. Trzymał w niej miecz, z którego teraz spływała szkarłatna krew.
U jego stóp leżała starsza kobieta. Otwarta rana w boku wciąż krwawiła. Po chwili Kirra zobaczyła jej szyję wykręconą w nienaturalny sposób.
Zasłoniła usta ręką, żeby nie zwymiotować. Oparła się drugą ręką o drzewo i uspokoiła.
Nagle poczuła spojrzenie nieznajomego na sobie.

***

- Kirra! - wykrzyczała Annabeth w stronę lasu. - Gdzie jesteś?!
- Hej! Niziołku! 
Ann kichnęła po raz piąty. Mimo, że oboje byli zmarznięci i przemoczeni, szukali Kirry do skutku.
- Ann! - Artur wskazał palcem na las. - Ktoś tam jest!

***

Kirra nie wiedziała, jak długo już się w siebie wpatrują. Minutę? Godzinę? Od tamtego czasu nie poruszył się ani o centymetr.
- Kim - przełknęła ślinę. - Kim jesteś?
Nic nie mówił. Spoglądał na nią, jakby znudzony.
Strach Kirry zmienił się w złość i obrzydzenie. 
- Dlaczego - zawahała się. - to zrobiłeś? - niemal wysyczała, patrząc na ciało. Dopiero teraz dostrzegła jasne włosy i zielony naszyjnik. Matka Mereca i Tiny.  
- Dlaczego - wyszeptała przez łzy. Nie poruszył się.
- DLACZEGO?! ODPOWIEDZ MI! - wykrzyczała.
Złapał Kirrę za szyję i przycisnął do drzewa. Kora podrapała jej plecy. Uniósł ją na wysokość swoich oczu i zaciskał powoli lodowate palce. Dziewczyna odruchowo zaczęła drapać jego ręce ale po chwili przypomniała sobie nauki Mistrza. Uderzyła go w wewnętrzną stronę łokcia, powodując, że zgiął się i zwolnił uścisk. Odepchnęła się nogami od drzewa. 
Przewrócili się. Przez chwilę leżała na górze, ale on złapał ją za koszulę i przygwoździł do ziemi. Uniósł w górę ostrze. Przez chwilę strach zmroził jej krew w żyłach ale odgoniła go. 
- Nie mam w planach umierania! - wydarła mu się w twarz. Na chwilę się zatrzymał, jakby zszokowany jej słowami. Kirra wykorzystała to. Kostkami oplotła jego szyję i pociągnęła w dół. Opadł z powrotem na błoto. Kopnęła ostrze, które z brzękiem poleciało w krzaki. Przytrzymała mu ręce ale on uderzył swoją głową w jej. Dziewczynie zrobiło się ciemno przed oczami. Nawet nie zauważyła, kiedy była niesiona przez nieznajomego. Kopała go i biła pięściami ale nic to nie dawało. Trzymał ją jak worek. 
Następnie usłyszała skrzypnięcie drzwi. Obróciła głowę. 
Nie wiedziała, że jest tu jakiś opuszczony dom. Wrzucił ją do środka. Poturlała się i uderzyła głową w ścianę. Jęknęła.
Po chwili poczuła, jak ją unosi za koszulę.
- Taka mała, a taka waleczna - jego głos był zimny, ostry i groźny. Spojrzała mu w oczy, próbując przekazać całą swoją nienawiść. Nagle jego usta były uśmiechnięte. Bawiło go to. 
Teraz to ją wkurzył.
- TY! - miała coś powiedzieć ale on oderwał kawałek jej ubrania, odsłaniając skórę. Szybko zasłoniła ją ręką. Próbowała naciągnąć materiał. 
Zaczęła się cofać, aż uderzyła w ścianę. Zbliżył się i schylił do jej twarzy. Nadal miał ten uśmieszek na ustach.
- Właśnie dlatego kobiety są słabe - powiedział.
- Jak śmiesz?! - chciała go uderzyć ręką ale ją złapał. Po chwili puścił i odszedł. 
- Hej! Jeszcze z tobą nie skończyłam! - zatrzymał się i z rozbawieniem odpowiedział:
- Nie martw się o to.

***

Artur i Annabeth biegli co sił w nogach. Minęli parę drzew i stanęli jak wryci. Kirra klęczała na ziemi. Ubrania miała podarte, kolana i łokcie obdarte do krwi, a włosy zlepione błotem
Jednak najbardziej ich zdziwiły łzy. Po chwili zobaczyli, że w ramionach trzyma nie ruszającą się kobietę.
---------------------------------------------------------------------

piątek, 6 maja 2016

ROZDZIAŁ 20 "KAP KAP KAP"

Nadszedł ten czas! 20 rozdziałów!
Chcę wam wszystkim podziękować za to, że jesteście ze mną, Kirrą, Ann i Arturem.
Bez zbędnego gadania, zapraszam do czytania! (Aż się zrymowało)
---------------------------------------------------------------------
- Żegnaj, Arturze! - krzyknęła do niego Tina, kiedy oddalał się w kierunku świątyni. Był już wieczór. 
Ciemne chmury zasłoniły gwiazdy i księżyc. Było cicho. 
- Trzymaj się! I pozdrów Mereca ode mnie jak się obudzi.
- Pewnie. Uważaj na siebie! - miała coś dodać ale jej głos zagłuszyła nagła błyskawica, która przecięła niebo. Następnie lunął deszcz, rozmywając obraz dziewczyny.
- Co powiedziałaś?! - krzyknął przez ulewę.
- Powiedziałam, że . . .! - odkrzyknęła ale kolejna błyskawica jej przerwała. Poddana, machnęła ręką i zamknęła drzwi.
Artur postanowił, że zapyta ją o to jutro. A teraz musi szybko dotrzeć do świątyni. Nie minęła minuta i już jest przemoczony do suchej nitki.

***

Kirra stała pod drzewem, kiedy się rozpadało. Twardość kory na plecach sprawiał, że nie myślała o tym, jak bardzo boi się ciemności. Szczególnie, gdy jest sama. 
I co teraz?, pomyślała. W rękach trzymała tkaninę, którą dostała od Szili - tutejszej tkaczki. Zrobiła ją specjalnie dla Babci z okazji zbliżających się urodzin. 
Nie chcę jej zniszczyć. Przytuliła materiał do piersi. Westchnęła. Nie zostało mi nic innego, jak po prostu czekać.
Nie należała do osób najcierpliwszych, o czym wiedział każdy, kto został z nią zamknięty w poczekalni do domu Margaret. Miała wtedy straszny katar.
Patrzyła w niebo i liczyła minuty. Zawsze jakieś zabicie czasu.
Kiedy jej sie to znudziło, zaczęła nucić piosenkę, którą często śpiewały z Ann. Chwilę później już śpiewała.


Chorałem dzwonków dzień rozkwita,
jeszcze od rosy rzęsy mokre,
We mgle turkocze pierwsza bryka,
Słońce wyrusza na włóczęgę.



 Drogą pylistą, drogą polną,
Jak kolorowa panny krajka,
Słońce się wznosi nad stodołą,
Będziemy tańczyć walca...

A ja mam swą gitarę - przerwała, kiedy usłyszała cichy jęk. Włoski jej się zjerzyły na rękach.

Nie wydawało mi się, prawda?, pomyślała szybko. Głos w jej głowie mówił, aby skuliła się pod drzewem, zamknęła oczy i zatkała uszy. Ale nie posłuchała go. To była dawna ona. Teraz się zmieniła.
Zrobiła niepewnie krok w stronę, z którego usłyszała jęk.
- NIE! - wykrzyczał błagalnie wysoki, kobiecy głos. Następnie było słychać, jakby coś zostało złamane, a potem opada na ziemię.


KAP KAP KAP



Powoli wychyliła się za drzewo.



KAP KAP KAP


Kirra nie wiedziała czy to odgłos deszczu ale już zapomniała, że stoi w ulewie. Zapomniała, że tkanina, którą upuściła, leży w błocie. I nawet o tym, że boi się ciemności.
Bo teraz liczyło się tylko to, czego właśnie była świadkiem.

***

- Ej, Annabeth - pomachał jej ręką przed oczami. - A tobie co?
- Nic - nie odrywała wzroku od okna, kiedy razem siedzieli w pokoju Artura. Ann na parapecie, a on na łóżku.
- To, że będziesz próbowała siłą umysłu zatrzymać deszcz, nie pomoże.
- Nie tracę nadziei.
- Właśnie widzę.
- Czemu jej jeszcze nie ma? - zapytała bardziej siebie.
- Bo pada - odpowiedział.
- No co ty gadasz? - przewróciła oczami. - Nie zauważyłam.
- Dlatego ja tu jestem - powiedział, kładąc się na kołdrze.
Ann nie miała już siły z nim gadać. Od rana miała jakieś złe przeczucie, które teraz osiągnęło zenit.
Bez słowa zeszła z parapetu i skierowała się w stronę wyjścia. Nie zatrzymała się na pytania Artura. Coś jest nie tak. I ma to coś wspólnego z Kirrą.
- Ann! - złapał ją za nadgarstek. - Gdzie idziesz?!
Stali już przed drzwiami na zewnątrz. Krople uderzały w drewniane drzwi.
- Po Kirrę! Czy to nie oczywiste?! - wyrwała mu rękę.
- Zgłupiałaś? Chcesz tam iść? - wskazał reką na drzwi.
Annabeth już miała mu się wydrzeć w twarz ale on dodał:
- I to beze mnie? - uśmiechnął się.
Po chwili Ann odwzajemniła uśmiech.
- Dobra, idziemy!
---------------------------------------------------------------------
Koniec! I jak wyszedł deszczowy rozdział?
Czy ktoś kojarzy Krajkę z czasów harcerstwa?
Wracam nie długo z kolejnym rozdziałem!
Pozdrawiam BoiledSweet :)

wtorek, 3 maja 2016

ROZDZIAŁ 19 "ZAKŁAD"

- Artur! Pranie! - Kirze znowu drgnęła brew, kiedy usłyszała krzyk Ann dobiegający ze świątyni.
- Idę! Już idę! - odpowiedział Artur.
- Szybciej! Jeszcze dużo do zrobienia!
- No przecież idę!
- Nie idziesz, a się wleczesz! Tylko na tyle stać ucznia wielkiego Mistrza Fergnana? Słabo~ - zaśpiewała Annabeth.
- Kto tu jest słaby?!
Kirra westchnęła zmęczona, chyba dziesiąty raz w ciągu tego południa. To już drugi dzień odkąd Artur zgodził się być Annabeth ver. 0.1.
Stała teraz przy zlewie w kuchni i dla zabicia czasu zmywała. Drzwi zaskrzypiały, kiedy brunet wszedł do chatki.
- Co tam, niziołku? - zapytał i uderzył ją mokrą szmatką w głowę. Krzyknęła zaskoczona i obróciła się szybko.
- Czy ty jesteś nienormalny?!- rzuciła w niego mokrą gąbką. Teraz Artur był cały w pianie. Zaśmiał się i poczochrał jej głowę.
- EJ! - mimowolnie zaczęła się z nim śmiać. - Przestań! Artur! - włożyła rękę do wody i ochlapała go.
- Oż ty! - wytarł rękawem twarz i podniósł ją. Obracając się w kółko z nią na ramionach, prawie się przewrócił.
- NIEEEEEE! Postaw mnieeeeeee - krzyczała pomiędzy śmiechem.
- Nie mam mowy!
- Artur, ty obiboku. Co ci tyle zajmuje? - przez drzwi weszła Annabeth. Kiedy zobaczyła Artura wirującego z Kirra na rękach, zastygła.
- Odbiło wam?! Ta kuchnia jest nowa! Chcecie ją rozwalić?! I czemu tu jest taki syf!
Chłopak wreszcie się zatrzymał i chwiejnym krokiem podszedł do Ann.
- Tak, odbiło nam. Teraz się kapnęłaś, że jesteśmy walnięci? - zapytał z uśmiechem. - Woah! - potknął się o swój but i z Kirrą wpadli na Annabeth.
- Ała - jęknął chłopak. - Kirra, żyjesz? - spytał brunetkę, która teraz leżała przy ścianie z nogami w powietrzu. Pokazała mu kciuka w górę i zrobiła fikołka, aby wylądować na plecach. - Ann? Gdzie jesteś? - zaczął szukać jej wzrokiem.
- Pod tobą, kretynie. . . - wyjęczała. Dopiero teraz poczuł, że na czymś, a raczej kimś siedzi. Były to plecy Annabeth. Strasznie wściekłej Annabeth.
- Ugh . . . - wstał pośpiesznie i pomógł jej wstać. - Wybacz.
- Schudłbyś trochę - powiedziała, rozciągając plecy. - A, zapomniałam.
- O czym?
- Co ja wam mówiłam o wygłupianiu się w kuchni?!?! - Aha, o tym zapomniałaś, pomyślał. - Róbcie to gdzie indziej! Rany! Co ja się z wami mam!
- Ale to nie ja! To Artur! - wskazała na niego palcem.
- Nie prawda! To Kirra zaczęła! - bronił się.
- Nie obchodzi mnie kto zaczął! Artur, ty za karę masz dzisiaj pomóc Tinie w praniu! - chciał już zaprotestować ale Ann rzuciła mu spojrzenie, które mogło by zabić. - A ty, Kirra pójdziesz po wodę do wodospadu i przygotujesz herbatę.
- Tak jest, psze pani! - odkrzyknęli razem.

***

Kirra szła już polaną w stronę strumyka. Wcześniej spotkała Klare i Lily - siostrzenicę Margaret. Chwilę pogadały i pośmiały się z Artura, którego Ann zmusiła do ubrania fartucha, a następnie się rozdzieliły.
Było słonecznie ale nie duszno. Powoli zbliżał się koniec lata. Kirra nie wiedziała czy się cieszyć czy smucić. Z jednej strony się cieszyła, że będzie trochę chłodniej, a z drugiej smuciła, ponieważ Artur, jak co roku, wyrusza na miesięczną wyprawę. Miesiąc to mało ale bez niego to wieczność.
Rok temu ledwie wytrzymała. Było tak cicho i spokojnie, że aż nieznośnie. I wszyscy w wiosce się z nią zgodzą.
Kiedy dotarła na miejsce, zanurzyła wiadro w wodzie i wyciągnęła.
Dopiero teraz się zorientowała, że zrobiła to bez stęknięcia. Zazwyczaj wciągnięcię do połowy pełnego wiadra było niemal niemożliwe.
Stała się silniejsza.
Uśmiechnęła się nieświadomie.
Nagle poczuła się obserwowana. Ostatnim razem było podobnie. Podniosła się i wracając przyśpieszyła kroku.

***

Artur wycisnął z białego ręcznika nadmiar wody i położył go na rozpalonym czole Mareca.
- Dziękuję, Arturze - skłoniła się Tina.
- Nie ma sprawy. Z resztą, ten blondasek to mój kumpel. Podobnie jak ty - poczochrał jej głowę. - Zawsze możecie na mnie liczyć.
- Tak, wiemy - uśmiechnęła się ciepło.
- Kiedy wraca wasza mama?
- Wieczorem.
- Oby się nie przepracowywała. Ona też nie należy do najodporniejszych osób.
- Racja ale jest uparta. Czasem ciężko jest ją powstrzymać.
- Ciężko? Spróbuj się wykłócać z Annabeth. Nie dość, że ucierpisz fizycznie to i mentalnie!
Zaśmiała się.
- Widzę, że nie da się nudzić z panienką Annabeth.
- Nuda nie występuję w jej słowniku. Tak jak cisza. I spokój.
- W takim razie nieźle się dobraliście - zażartowała.
- Ej! Sugerujesz coś? - złapał ją za policzki palcami.
- Nie, nie - udała, że zamyka buzię na kłódkę i wyrzuca klucz.

***

Przyciskała ranę, z której sączyła się krew, barwiąc suknie na czerwono.
Podchodził do niej powoli. Nie miał na twarzy uśmiechu. Wyglądał na zmęczonego, a może i nawet znudzonego.
Nie odezwał się ani słowem.
- Nie! - wyjęczała kobieta, kiedy uniósł ostrze. - Błagam! NIE! NIE!
Rozległ się przeraźliwy krzyk.
---------------------------------------------------------------------
Koniec rozdziału! Jest trochę dłuższy :)
Wiem, jestem zła, że w takim momencie. Muahahah! Nowe wcielenie Polsata!
Pozdrawiam BoiledSweet :)

ROZDZIAŁ 18 "TO MOŻE BYĆ CIEKAWE"

Odwrócił się w stronę krzaków. Polanę otaczały wysokie drzewa i krzaki sięgające do bioder, więc można było się w nich spokojnie skryć.
Obejrzał się i znów spojrzał w kierunku, z którego chwilę temu usłyszał szelest. Zaczął się skradać. Kiedy był metr od celu, w ciemności zaświeciły się żółte oczy i wyskoczył stamtąd czarny kot. Wskoczył z sykiem na ramiona Artura i schował głowę w jego piersi. Chłopaka tak to zaskoczyło, że zachwiał się na nogach. Kiedy wreszcie odzyskał równowagę, zaśmiał się i pogłaskał przestraszonego kota.
- Łoł! Nieźle mnie wystraszyłeś, mały! - nagle zwierzę skuliło się i najeżyło całą sierść. Z sykiem popatrzyło w kierunku, z którego przyszło. Chłopak czuł jak kot jeszcze bardziej chowa się w jego ramionach. Momentalnie spoważniał - Co się stało?
Nagle wszystko zaczęło się trząść w rytmicznym tempie. Jakby parę koni galopowało w tym samym rytmie.
Artur wstał z kotem przyczepionym do niego i już miał się ukryć, kiedy wszystko ucichło. Ptaki już nie śpiewały, owady nie latały, wiatr nie wiał, drzewa nie szumiały. Jakby cały świat wstrzymywał oddech.
W pewnym momencie ziemia zadrżała, a potem wszystko wróciło do normy.
Co to było?
Wiedział, że mu się to nie przyśniło ale miał wątpliwości. Nie chciał tego tak zostawiać ale nie miał wyboru. Musiał się zastosować do rozkazów Pani.
- I co z tobą? - kiedy się otrząsnął, zapytał czarną kulkę w jego ramionach. - Ann nie będzie zadowolona. Ale w sumie to nawet lepiej - uśmiechnął się łobuzersko.

***

- PO KIEGO GRZYBA ŻEŚ TO TU PRZYTARGAŁ?! - wydarła się na Artura. On zasłonił uszy zwierzęciu, które nadal wtulało się w jego pierś.
- Ann - upomniała cicho Kirra. - Mów ładniej.
- Ach. Okej - odpowiedziała. - PO KIEGO BOROWIKA ŻEŚ TO TU PRZYTARGAŁ?!
- Nie dokładnie o to mi chodziło . . . - wyszeptała do siebie.
- A co, miałem go tam zostawić? - zapytał chłopak.
- Tak. Nie wiesz czy nie należy już do kogoś. A po za tym, nie będę później szorować całego domu, bo jakiś kocur linieje!
- Leń - prychnął.
- Haa?! Co powiedziałeś?!
- Powiedziałem, że jesteś leniem!
Oj, Artur, pomyślała Kirra, która ze zgrozą patrzyła na obrót tej kłótni w wojnę. Kiedy kobieta pyta się "co powiedziałeś", nie oznacza to, że cię nie słyszała, a że daje ci ostatnią szanse do cofnięcia swoich słów i wiania gdzie pieprz rośnie.   
- Więc to tak? Dobrze - splotła ręce na piersi i uśmiechnęła się chytrze. - Co powiesz na zakład?
- Jaki? - zapytał, przyjmując tą samą pozę.
- Przez tydzień będziesz wykonywał moje obowiązki i zajmował się tym futrzakiem - wskazała głową na kota. - Jeśli ci się uda wszystko zrobić, pozwolę mu zostać. Jeśli nie, przez miesiąc będziesz wykonywać WSZYSTKIE moje polecenia - uśmiechnęła się.
- Zgoda - odpowiedział od razu. Podali sobie ręce.
- Kirra! - krzyknęli razem do dziewczyny, jakby dopiero teraz ją zauważyli. - Przetnij je!
- Już, już - westchnęła i rozłączyła ich ręce. W sumie to może być ciekawe.  

czwartek, 24 marca 2016

ROZDZIAŁ 17 "TEŻ SIĘ MARTWIĘ"

Minął tydzień. Kirra codziennie biegała przez parę godzin wokół wioski. Czasami z Arturem, a czasami sama. Dopiero teraz Kirra zauważyła jak Artur jest zajęty. Cały czas pomaga ludziom z wioski albo wypełnia zadania Fergnana. Mimo to, zawsze jest pełen energii w świątyni.
Kirra przez ten tydzień też była bardzo zajęta. Czasami Mistrz przychodził do niej i dawał jej nowe ćwiczenia albo rady. Często ją przy tym beształ ale ona wiedziała, że to dla jej dobra. Starzec okazał się całkiem miły. 

- Martwię się o nią - wyszeptała Annabeth. Artur zaniósł Kirrę do łóżka i teraz oboje siedzieli na przeciwko siebie przy stole w kuchni. Przed sobą mieli talerze z rybą, a w miskach ryż.
- Pszechadzasz - odpowiedział chłopak z ustami pełnymi jedzenia. - Bedzchie dobche. Jecht silnua.
Przełknął wreszcie ostatni kawałek ryby. Spojrzał na swój pusty talerz i pełną miskę ryżu Ann. Po chwili zapytał:
- Będziesz to jadła? - wskazał palcem jedzenie.
Annabeth już nie wytrzymała. Cała aż się trzęsła ze złości.
- TY GŁUPI IDIOTO! - wstała i rzuciła w Artura miską. Ta uderzyła chłopaka w twarz. Na chwilę się przylepiła, a potem opadła. Na jego twarzy pozostały pojedyncze ziarenka ryżu.
Jeszcze słyszał jak przyjaciółka idzie głośno do drzwi  i zamyka je z trzaskiem.
Artur zdjął z nosa ryż i włożył do ust. 
- Ja też się martwię - wyszeptał.

- Arturze! - zawołała go Tina. Jest trochę starsza od chłopaka. Mieszka na skraju wioski z matką i bratem. Jej rodzina jest bardzo chorowita, dlatego często mają problemy.
- Ach. Hej Tina.
Podbiegła do niego.
- Przepraszam, że przeszkadzam.
- Nie. co ty. Właśnie miałem iść do świątyni podręczyć Ann. Ale to może poczekać. W czym mogę ci pomóc?
- Chodzi o to, że ... - zaczęła bawić sie palcami. - Marec zachorował.
- Znowu? Jeny! Co z nim?! Ma przynętę na choroby, czy co?! W każdym razie, jak się ma?
- Nie najplepiej. Ale Margaret powiedziała, że się wyliże. 
- Rozumiem, to dobrze. 
- A jako, że mama pracuje, ja się nim zajmuję i nie mam czasu, aby pójść po zioła dla niego. 
- I chcesz żebym ci je przyniósł?
Tina zaczerwieniła się. Przytaknęła głową nieśmiało.
- Nie ma sprawy! - odpowiedział z uśmiechem. - Powiedz mi tylko gdzie rosną i jak wyglądają. 
- O tam - wskazała na las za Arturem. - Musisz iść wzdłuż rzeki. nie przegapisz jej. Na końcu jest polana, gdzie rosną różne zioła. Bliriesz, to zioło podobne trochę to tulipana. Tylko jest większe i pachnie trochę jak . . . truskawka.
- Truskawka?! Pierwsze słyszę o takim ziele!
Zaśmiała się. 
- Tak, jest bardzo rzadkie. Ale z tego co wiem od Margaret, tylko tam rośnie. Nigdzie, przynajamniej do bariery, nie rośnie.
- Okej. To ja lecę! Wpadnę do was potem - odkrzyknął i pobiegł w stronę lasu. Usłyszał jeszcze, jak Tina mu odkrzykuje: Dziękuję!  

- Emmm. To nie. To też nie. - mówił do siebie oglądając poszczególne tulipany. - Żadne z nich nie jest tak duże jak mówiła Tina, ani nie pachnie jak truskaw . . . - nie dokończył, bo nachylił się nad kolejnym kwiatem. - JEST! Nareszcie! Wyrwał go i obejrzał się dookoła. Słońce już zachodziło. Niebo było różowo - pomarańczowe. 
Dobra, wracam, pomyślał.
Nagle usłyszał szelest.
---------------------------------------------------------------------